Lost Planet 2 - recenzja
Michał Głowaczewski   poniedziałek, 31 maja 2010 19:39
"Lost Planet 2" miało być jedną z najgorętszych premier 2010 roku. Media od początku tworzyły wokół tej gry sporo szumu, a jeszcze miesiąc temu hype zdawał się sięgać zenitu i wszelkie portale skupiające się na grach wideo nie mogły doczekać się, by położyć ręce na tej strzelance. Tymczasem gra została wreszcie wypuszczona na rynek, ale recenzje nie wyglądały zbyt optymistycznie, tym samym skłaniając wielu graczy do odpuszczenia sobie tej pozycji. Czy słusznie? Tego dowiecie się w rozwinięciu.
Wstępniak
"Czy ja już tego gdzieś nie widziałem?"
Za stworzenie "Lost Planet 2" odpowiada studio Capcom. Gra jest bezpośrednią kontynuacją "Lost Planet: Extreme Condition", z którą to europejscy gracze mogli zapoznać się już w 2007 roku.
Minęły trzy wypełnione ciężką pracą lata, a firma wreszcie zaserwowała nam godnego następce pierwszej części. Dlaczego godnego? Praktycznie wszystkie wady i niedociągnięcia z poprzedniego "Lost Planet" zostały usunięte, a na dodatek wprowadzono całą masę dodatkowych usprawnień.
Na wstępie zaznaczę jednak, że jeśli komuś nie podobała się pierwsza część (co nie będzie żadnym zaskoczeniem, gdyż do tej pory pozostaje niedoceniania), to raczej nie ma czego szukać w sequelu. Podobnie zresztą jak z serią "Monster Hunter"... Jeśli nie widzi Wam się żadna z tych gier, to już nic Waszego zdania nie zmieni.

Głównymi zarzutami w kierunku "Lost Planet 2" są skomplikowany początkowo system sterowania naszą postacią, czy wreszcie długie animacje po każdorazowym zatwierdzeniu akcji, ale musicie wiedzieć, że to dla tej serii chleb powszedni.
Postaram się jednak udowodnić, że część z przyjętych przez developerów rozwiązań była niezbędna do zbalansowania mechaniki gry (zwłaszcza pod kątem zabawy w sieci) i nie może być uznawana za wady. Natomiast istnieje też sporo innych, moim zdaniem poważniejszych błędów, o których warto wspomnieć - jak chociażby o ogromnej różnicy jakościowej trybów dla samotnego gracza i sieciowego, ale o tym przeczytacie już w dalszej części tekstu.
Fabuła
"Halo?! Czy ktoś mógłby mi wreszcie powiedzieć o co tu do diabła chodzi?!"
Jednym z największych minusów, które muszę postawić "Lost Planet 2" już na starcie jest spora zawiłość fabuły... Fabuły, która na dodatek wcale nie jest jakaś wielce odkrywcza i stanowi właściwie taką sztampę gatunku science-fiction. Skąd więc całe to zamieszanie?
Problem w tym, że twórcy gry jakby z góry założyli, że każda osoba zasiadająca do "Lost Planet 2" miała do czynienia z poprzedniczką. Na dodatek całość stanowią luźno powiązanie epizody, które przedstawiają wybrane akcje kilku różnych oddziałów "śnieżnych piratów". W rezultacie otrzymujemy produkt, który dla nowego gracza będzie nie tyle zagmatwany, co wręcz zupełnie niezrozumiały.

To trochę tak, jak gdybyście oglądali "Pulp Fiction" po raz pierwszy... Z tym, że bez napisów i z wyłączonym podkładem audio. Coś się dzieje, niby fajnie, ale o co właściwie chodzi? :-)
Jakieś pojęcie o wydarzeniach z "Lost Planet: Extreme Conditions" daje przeczytanie instrukcji, gdyż intro (choć całkiem klimatyczne) raczej nie będzie pomocne w zrozumieniu całości.
W skrócie, również dla tych, którzy nie grali w pierwszą część: po tym jak Ziemia stała się niezdalna do dalszego zamieszkiwania (w skutek wojen nuklearnych na powierzchni planety, które kompletnie zniszczyły jej atmosferę) ludzie zaczęli zastanawiać się nad wyruszeniem w gwiazdy i znalezieniem świata, który można by terramorfować, a z czasem przystosować do warunków panujących niegdyś na ojczystym globie.
Duża paramilitarna korporacja, Neo-Venus Construction (NEVEC), dysponuje odpowiednimi środkami, by wcielić te plany w życie i rozpoczyna werbowanie pierwszych kosmicznych kolonizatorów. Nową Ziemią ma stać się E.D.N. III, której warunki atmosferyczne zdają się przypominać te panujące dawniej na naszej planecie. Pierwszym problemem jest jednak trwającą na powierzchni epoka lodowcowa. Drugim, o którym kolonizatorzy nie zdają sobie z początku pojęcia, jest rasa insektoidalnych i wyjątkowo terytorialnych Akridów. Stworzenia te, sprowokowane ludzką aktywnością, budzą się ze swojego długiego snu i zaczynają siać ogromne zniszczenie.
Na szczęście ludzkość szybko odkrywa źródło wysoko wydajnego paliwa, które pozwala na opracowanie i zasilenie nowych, niezwykle potężnych broni do zwalczania robactwa. Jest to tzw. T-ENG, czyli stężona energia termalna znajdująca się w krwi Akridów. Kolonizatorzy zaczynają budować coraz to wymyślniejsze machiny wojenne, jednak koniec końców muszą uciekać z E.D.N. III, chociaż próbowali walczyć z insektami przez prawie 150 lat.
Niestety nie każdego stać na załapanie się na statek zmierzający z powrotem ku Ziemi i tak ogromna rzesza ludzi zostaje uwieziona na skutym lodem, niezwykle niebezpiecznym świecie. Nieszczęśnicy ci określają się mianem "śnieżnych piratów". Nie spoilerując zbytnio powiem Wam tylko tyle, że wysiłki głównego bohatera pierwszej części gry kończą się ogromną zmianą w atmosferze planety, która stopniowo zaczyna się wreszcie terramorfować. Lód puszcza, mija dziesięć lat i tak dochodzimy do "Lost Planet 2".
Jak się okazuje, odwilż niesie ze sobą bardzo poważne konsekwencje. Pojawienie się całych połaci zielonych dżungli i lasów zmienia Akridy, które bardzo szybko adaptują się do nowego środowiska i mutują w groźniejsze gatunki. Ludzkość nie wie jeszcze do końca jak z nimi walczyć, więc zdobycie energii termalnej staje się dużo trudniejsze, a ta jest praktycznie niezbędna do życia na E.D.N. III.
W rezultacie kolonizatorów ogarnia wojna domowa. Zaczynają dzielić się na rozmaite frakcje i zabijać nawzajem, byleby tylko skraść choć trochę T-ENG'u i pozwolić sobie na spokojne życie przez następnych parę lat.

Tutaj właśnie wkraczamy do akcji. W każdym z sześciu dostępnych w grze aktów będziemy wcielać się w wojowników innych klanów i walczyć o cenne źródła energii.
Do naszej dyspozycji oddano pięć frakcji: "Rounders", "Fight Junkies", "NEVEC Black Ops", "Snow Pirate Elites" i "Femme Fatales". Pierwsi to najemnicy, drudzy to bezwględne rzezimieszki, trzeci to znana już z "Lost Planet: Extreme Conditions" organizacja paramilitarna (a właściwie jej odszczepieńcy). "Snow Pirate Elites" to kolonizatorzy z pierwszej części gry, a "Femme Fatales" to po prostu kobiety ze wszystkich klanów. Niestety dla tych dwóch ostatnich frakcji nie przewidziano żadnej ścieżki fabularnej.
Całość nie stanowi żadnego przełomu w gatunku i raczej nie porywa, choć faktycznie zdarza się kilka prawdziwie "epickich" momentów. Generalnie nie jest źle, choć jak już wspominałem, wszystko jest strasznie zagmatwane. Pytania z pierwszej części gry nigdy nie doczekały się żadnych odpowiedzi, kompletnie zignorowano nowych graczy, a na dodatek każdy z epizodów skupia się na wybranej akcji danego oddziału, choć nie zawsze tłumaczy "kto, co, jak i dlaczego".
W trybie co-op takie rozwiązanie rzeczywiście sprawuje się dość fajnie. Ot, ja i trójka moich znajomych jesteśmy żołnierzami i musimy skopać tyłek jakiemuś kosmicznemu paskudztwu. Natomiast w przypadku trybu singleplayer jest to duża porażka - nie oczekujecie raczej historii, która chwyci Was za serce i na długo pozostanie w pamięci.
Grafika
"Dlaczego wszyscy noszą jakieś hełmofony? Hmm, ciekawe..."
Przedstawiony w grze świat prezentuje się bardzo dobrze. Gra używa silnika znanego już z "Resident Evil 5", natomiast nieco podrasowanego. Świetne wrażenie robią wodospady i bujna roślinność. W kilku misjach przyjdzie nam podziwiać doszczętnie zniszczone miasta albo prowizoryczne szałasy ustawione na szybko koło pojawiających się w dżungli naturalnych źródeł energii termalnej. W jednym epizodzie przyjdzie nam sunąć na dachu pociągu po najprawdziwszej pustyni. Tutaj żadnych zastrzeżeń nie mam, jest nieźle.
Szkoda tylko, że spora część akcji ma miejse w niezwykle typowych bazach i kompleksach, które wyglądają praktycznie identycznie. Jeśli graliście w "Mass Effect", to wiecie mniej więcej o co chodzi. Wychodzicie z budynku, a zaraz naprzeciwko widzicie bunkier, który w środku wygląda kropka w kropkę jak pomieszczenie, które dopiero co opuściliście. Brakuje też skutych lodem map znanych z pierwszej części gry, choć według fabuły śnieg wciąż zalega na wielu terenach. Co prawda przyjdzie nam kilkukrotnie powalczyć na mrozie, jednakże będą to lokacje tak blade, że aż szkoda gadać. Ogromna biała plama z jednym, czy dwoma pseudo budyneczkami raczej nie zrobi na nikim wrażenia.

Natomiast największą wadą grafiki są modele postaci. Jest ich co prawda cała masa (niektóre bardzo przyzwoite), ale pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy podczas rozgrywki jest to, że żadna z występujących w "Lost Planet 2" postaci nigdy nie ściąga hełmu lub wizjera. Po przejściu gry dostajemy możliwość ponownego zmierzenia się z kampanią korzystając z dowolnej, odblokowanej przez nas skórki i dopiero wtedy zdajemy sobie sprawę, że występujący w grze bohaterowie nie mają ŻADNYCH animacji twarzy.
To, że nie mrugają podczas rozmowy... OK, jeszcze przejdzie. Natomiast widok kilkunastu lalek, które najwidoczniej opanowały brzuchomówstwo, jest co najwyżej śmieszny. Zwłaszcza przy pozycji, którą tworzono z takim rozmachem. Rozwiązanie, które przyjęli designerzy nazwałbym "rozwiązaniem Kena". Nie wiem kto wpadł na pomysł typu "może po prostu założymy wszystkim hełmy?", ale wygląda to strasznie kiepsko.
Nieco licho wypada też tryb splitscreen, w którym co prawda nie natkniemy się na większe spowolnienia, ale do którego nie ma sensu podchodzić bez ogromnego telewizora. W przeciwnym razie ciężko ogarnąć akcję rozgrywającą się właśnie na ekranie. "Lost Planet 2" dodatkowo zmniejsza widoczność graczy poprzez wprowadzenie ciemnej, grubej ramki dookoła obszaru gry oraz zastosowanie aż dwóch mini-mapek, co tak naprawdę mija się z celem.

Dźwięk
"Tak tak, pif-paf i głośne splaaat, wiemy!"
Tutaj należą się ogromne brawa za użyty w grze orkiestralny soundtrack. Jest naprawdę dobry, a mnogość dostępnych w grze tracków nie powoduje u graczy efektu znużenia. Do naszej dyspozycji oddano też kilka elektronicznych brzmień. Na dodatek każdy z odblokowanych w poszczególnych misjach kawałków możemy ustawić pod swoim spersonalizowanym głównym menu, co jest całkiem przyjemnym bonusem.
Dźwięki otoczenia są właściwie typowe dla tego typu produkcji i tu żadnego zaskoczenia nie ma. Strzały, wybuchy, plus do tego kilka dodatkowych odgłosów, takich jak rozwijana właśnie linka albo śmigający w powietrzu dysk energetyczny.
Idźmy dalej, voice acting... No cóż. Tu jest już nieco gorzej. Niektóre z głosów pasują idealnie, ale część odstaje jakościowo od reszty tak bardzo, że aż można złapać się za głowę. Najgorszym przypadkiem są chyba "Vagabundos", czyli podfrakcja "Fight Junkies" - pustynni piraci. Każdy z nich mówi głosem, który w założeniu twórców miał być chyba odpowiednikiem takiego "los vatos lacos" i parodiować latynoski akcent mieszkańców Los Angeles.

W założeniu, bo mi przez myśl przebiegał jedynie Speedy Gonzalez i ogromne ilości taco. Nie wiem czy nie zakrawa to przypadkiem o wykorzystywanie rasistowskich stereotypów, ale ponoć chłopaki z Cypress Hill już jadą pogadać z panami Oguro oraz Takeuchi i zamierzają dyplomatycznie wytłumaczyć sprawę... ;-)
Opis gry
"Co?! Ja mam to rozwalić? Przecież to cholerstwo jest większe od kosmicznej stacji badawczej!"
"Lost Planet 2" to gra z gatunku TPS. Jednak tym, co odróżnia ją od większości tego typu tytułów, są nasi przeciwnicy. Pal diabli zwyczajnych ufoków, to już było... No ale kreatury wielkością wzbudzające skojarzenie z "Shadow of the Colossus"? Super! Mało tego, każdą z tego typu poczwar można zniszczyć na wiele sposobów. Chcesz odstrzelić jej nogi i dobić, gdy będzie wiła się w konwulsjach na ziemi? Możesz. Chcesz wskoczyć jej do pyska i rozwalić wnętrzności ładunkami wybuchowymi? To też jest możliwe. Może wolisz jednak przyczepić jej się hakiem do grzbietu i poczęstować głowę śrutem? Nie ma problemu.
Podobnych opcji jest znacznie więcej, a wszystko zależy od bossa, z jakim właśnie walczymy. Na dodatek istnieje cała masa technik, których możemy użyć, by zwalczać zwykłych przeciwników. Chcesz ściągnąć kogoś z daleka za pomocą rakietnicy? Proszę bardzo. Może wolisz ukryć się za przeszkodą i użyć odbijającego się od ścian, zębatego dysku, który przecina wszystko na swojej drodze? Spróbuj. Hmm, a może raczej wolisz wpaść do pomieszczenia niczym John Rambo, ale w ostatniej chwili przyczepić się liną do sufitu, podciągnąć i obsypać zaskoczonych wrogów gradem ognia? Prosta sprawa. No a co powiesz na granaty, które teleportują Cię błyskawicznie w miejsce wybuchu i systemy maskujące, które są najlepszymi przyjaciółmi każdego snajpera? Brzmi nieźle, prawda? :-)
Oprócz sporej ilości broni możemy też korzystać z Vital Suits (VS), czyli rozmaitych mechów i egzoszkieletów, które potrafią drastycznie odmienić wynik każdej bitwy. Do arsenału znanego z pierwszej części dodano kilka ciekawych typów standardowego oręża, jak również roboty z nową funkcjonalnością. Pojawiły się między innymi pojazdy powietrzne (np. dwa typy śmigłowców) oraz VS, które potrafią przemieszczać się pod wodą z niezwykłą prędkością.
Zresztą Vital Suits jest teraz pełno. Do moich ulubionych należy chyba przenośna platforma wyposażona w głowice nuklearne ("M-m-metal Gear?!"), której użycie wiążę się z kompletnym oczyszczeniem mapy (łącznie z nami) - taka ostateczna forma ratowania skóry w grze online, kiedy bawimy się w tryb przejmowania stacji, a przeciwnik zdążył już opanować prawie całą planszę. Nie wspominając o skuterach powietrznych: zeskoczenie z takiego ustrojstwa wprost przed przeciwnika i dobicie go kolbą karabinu maszynowego musi być jedną z najbardziej satysfakcjonujących zagrywek w grach wideo. ;-)

Powróćmy jednak na chwilę do trybu singleplayer, graniem w sieci zajmiemy się później. Musicie wiedzieć, że gra wciąż jest wymagająca (niekiedy nawet bardziej od poprzedniczki), ale zaoferowano nam możliwość wyłączenia ciągłego spalania energii termalnej. Był to jeden z aspektów "Lost Planet: Extreme Conditions", którego wielu graczy wprost nie mogło zdzierżyć. Trudno się dziwić, w końcu nikt nie lubi być poganianym. Na szczęście tutaj nikt nie zamierza Was poganiać, a całkiem długa kampania zajmie Wam około 15 godzin na jednym poziomie trudności. Lub dłużej, jeśli będziecie często ginąć w poszczególnych epizodach, a uwierzcie mi... Będziecie. :-)
Gra przypomina tu nieco "Demon's Soul", gdyż niektóre misje są potwornie trudne przy pierwszych podejściach. Z czasem, gdy już nauczycie się pewnych stałych zachowań przeciwników, zwalczanie ich nie będzie stanowić większego problemu, ale te początkowe próby... Ehh, można się zdenerwować. Zwłaszcza, że system sztucznej inteligencji zachowuje się dość dziwnie.
Wszystkie misje możecie przechodzić wraz z trzema kontrolowanymi przez konsolę botami. Z tym, że o ile przy pierwszych zadaniach są one dość pomocne, to przy późniejszych, wymagających umiejętności szybkiego myślenia i precyzji częściach gry będą zachowywać się jak banda kretynów. Często nawet zepsują Wam niejeden misterny plan, pchając się niepotrzebnie wprost na wrogów albo wrzucając Wam granat pod nogi.
Jakież było moje zaskoczenie, gdy na trudniejszych poziomach trudności boty zaczęły faktycznie pomagać w eksterminacji Akridów... Widzicie, sztuczna inteligencja zaimplementowana w grze nie rozróżnia Waszych kompanów od przeciwników. Mam tu na myśli to, że brakuje definitywnego podziału pomiędzy NPC'ami pomagającym graczom, a wrogim AI. Jeśli zaczniecie przechodzić grę na poziomie hard, a później extreme, to być może nawet nie zauważycie wszystkich głupich zachowań Waszych kompanów. Tylko czy przy już tak wymagającej grze warto zaczynać od harda? Moim zdaniem nie. Dlatego też przyjęty przez designerów firmy Capcom system dziwi mnie niezwykle, gdyż może co najwyżej odstraszyć potencjalnych fanów gry.

Prosty przykład: w jednej z misji musimy przejść wyjątkowo długaśną sekwencję bitw na sunącym po piachu pociągu. Przeciwnicy wyposażeni są w rakietnice i granaty, co oznacza, że nawet jeśli chybią, ale pocisk wyląduje dostatecznie blisko, to wyrzuci nas wprost na tory. Problematyczne, gdyż w grze istnieje tzw. "battle gauge", który co prawda pozwala na kilkukrotną utratę życia, ale ostatecznie spada do zera i zmusza nas do przechodzenia całego etapu od początku.
Powiedzmy jednak, że udaje Wam się przejść prawie całą misję i dochodzicie do bossa - gigantycznego robala pędzącego za wagonami, którego można ubić jedynie celując w specjalne wypustki na skórze lub paszczę. Insekt co chwila atakuje pociąg i może go nawet rozwalić, co automatycznie kończy epizod porażką, nawet jeśli macie pełny battle gauge. Pojazd można naprawić, ale wymaga to kooperacji zespołu, na co w przypadku kontrolowanych przez konsolę botów nie macie co liczyć.
Po wielu nieudanych (dodać należy - dłuuugich) próbach postanawiacie wreszcie zmienić taktykę. Wskakujecie do postawionego na jednym z wagonów helikopterka i ruszacie wprost na Akrida, unikając przy tym z wielką gracją (czy może raczej wielkim fartem?) jego ataków i udaje Wam się obniżyć jego poziom energii praktycznie do zera. W tym momencie robak rzuca się w akcie desperacji na pociąg i macie ostatnie kilka sekund, by zabrać mu resztki energii - w przeciwnym wypadku będziecie musieli zaczynać od nowa. Niestety boss porusza się przy tym z tak olbrzymią prędkością, że nie zdążycie wymanewrować śmigłowcem na czas i oddać końcowego strzału.
Na szczęście mamy boty, prawda? Na 100% któryś z nich obróci się i odda seryjkę w gębę poczwary, prawda? Błąd. W tym momencie zaczynają naprawiać pociąg. Czy też może raczej powinienem powiedzieć "w tym $!@%# momencie zaczynają naprawiać ten $!@%# pociąg, $!@%#"...
Początkowo nie byłem w stanie przejść tej planszy na singlu. Połączyłem się z netem i spróbowałem co-opa z trzema przypadkowymi graczami, a dokładniej dwoma Turkami i Japończykiem, z których żaden nie rozmawiał po angielsku. Kiedy wreszcie rozwaliliśmy Akrida, śmiech i następujące łzy radości były uniwersalne. Podejrzewam, że wcześniej też zdążyli się porządnie wkurzyć. Za to na poziomie extreme boty radziły sobie doskonale, a ja mógłbym nawet pozwolić sobie na zrobienie kawki. Sam już nie wiedziałem: śmiać się, czy może raczej płakać?

Takich wpadek jest niestety więcej i od razu widać, że o grze nigdy nie myślano w kategorii pozycji przyjaznej dla samotnego gracza. Po wielu godzinach z tym tytułem jestem w stanie już kompletnie olać boty i przejść wiele epizodów bez żadnej pomocy, jednak mało kto będzie w stanie dokonać tego za pierwszym razem. Sorry, cudów nie ma. Ze strony Capcom jest to ewidentne przegięcie i wcale nie dziwię się, że wielu recenzentów walnęło grę na półkę, a potem stwierdziło "nigdy więcej!".
Za to gra po sieci? Multiplayer jest przedni. Naprawdę, "Lost Planet 2" jest doskonałym tytułem dla wielu graczy. Nie mówię tu jedynie o typowych dla strzelanek trybach jak deathmatch, team elimination lub capture the flag. Właśnie wspomniany wyżej co-op stanowi trzon tej pozycji i jest tym, co czyni ją tak wyjątkową. Każdą planszę można przejść na setki sposobów, jednak potrzeba do tego istot myślących. Konsola nigdy nie wpadnie na żadną przebiegłą i arcy-cwaną taktykę. Zresztą co tu dużo gadać... Jeśli kontrolowany przez konsolę gracz wyrzuca rakietnicę i zamiast niej podnosi tarczę, której następnie w ogóle nie używa, to coś jest tu nie w porządku. Tymczasem grając online często byłem ogromnie zaskoczony pomysłowością ludzi. Praktycznie każdy gracz ma zupełnie inny styl i podejście do rozwiązywania problemów.
Same kompetytywne tryby online też są świetne (np. taki fugitive, w którym musimy uciekać przed resztą graczy) i dopiero tu odkrywamy powód, dla którego twórcy gry zdecydowali się na kilka dziwacznych rozwiązań. Dlaczego nie mogę wystrzeliwać linki z hakiem w locie? Bo niektórzy potrafią nią autentycznie wymiatać, a pozwolenie na zabawę w Spider Mana równałoby się dla nich z włączeniem trybu "god mode".
Dlaczego animacje przedłużają się po każdorazowym upadku? Bo odrzut został zaprojektowany w ten sposób, aby gracze skupiający się na walce mechami lub bronią ciężką mieli jakiekolwiek szanse z uzbrojonymi w karabiny maszynowe, mega szybkimi "piechurami".
Dlaczego przejmowanie kolejnych wieżyczek kontrolnych czyni mnie łakomym kąskiem dla przeciwników, na dodatek bez żadnej możliwości obrony? Bo gdyby istniała możliwość strzelania w trakcie tego procesu, to cała rozgrywka w trybach polegających na zdobywaniu mapy doznałaby sporego uszczerbku na atrakcyjności. Zresztą, istnieje duża grupa graczy używających tarcz energetycznych, a tak straciłyby one znacznie na przydatności i nie byłoby miejsca w grze na odpowiednik "klasy pomocnicznej".
Gra jest rzeczywiście bardzo przemyślana i wszystko ma jakiś sens. Natomiast raz jeszcze widać, że całość została zbalansowana pod kątem gry w sieci, a tryb singleplayer jest tylko swego rodzaju dodatkiem. Jeśli ktoś z Was grał kiedykolwiek w "Tribes" i polubił rozgrywkę online, to nie będzie zawiedziony.

Przez wszystkie nasze przygody zdobywamy punkty doświadczenia, które podnoszą poziom używanej właśnie frakcji i odblokowywują kolejne elementy ubioru, tytuły albo nowe uzbrojenie. Większość przedmiotów możemy też odblokować zbierając pieniądze (kolorowe skrzynki, które wypadają z pokonanych w spektakularny sposób przeciwników lub z bossów) i grając w znajdująca się w menu ruletkę. Każdorazowe zakręcenie kołem kosztuje, co teoretycznie miało zachęcać graczy do spędzania nad "Lost Planet 2" o wiele większej ilości czasu, ale w praktyce jest niezwykle mozolne i na dłuższą metę irytujące. Cóż z tego, że upatrzyliśmy sobie wymarzoną broń, kiedy od kilkunastu godzin jedyne co odblokowaliśmy to tytuły dla naszej postaci: "mazgaj", "kocham świat", "nie strzelać", "nie pozwolę Ci zginąć" itp. Można się załamać.
Skoro już mowa o niepotrzebnym wydłużaniu czasu rozgrywki, to bardzo zawiedzeni będą wszyscy gracze, którzy uwielbiają zbierać achievments/trophies. Zdobycie wszystkich odznaczeń może potrwać wieczność. Już teraz do firmy Capcom spływają maile, w których gracze żalą się na "przegięte" wymagania niektórych orderów. Trudno się nie zgodzić. Jeden tytuł wymaga np. zdobycia rekordu świata na jednej z tras w trybie treningowym, który w rzeczywistości jest bardzo trudnym, wirtualnym torem przeszkód (czym zawiedziona była spora liczby nowych graczy, a i weterani serii otworzyli szeroko oczy w zdumieniu). Inny przykład? Proszę bardzo: trzydzieści zwycięstw w trybie deathmatch... Pod rząd. Powodzenia! :-)
Podsumowanie
"To jak, kupować? Tylko tak szczerze, jak na spowiedzi!"
"Lost Planet 2" jest grą niezwykle ciekawą i dostarczająca masy frajdy, niestety niespecjalnie nadaje się dla samotnego gracza. Przykro mi to stwierdzić, gdyż nawet taki "Monster Hunter" (z którego "Lost Planet 2" czerpie całymi garściami) dostarczał sporo rozrywki w trybie singleplayer, głównie przez ogromną liczbę zawartych w grze wyzwań. Tutaj mamy zaś do czynienia z połączeniem "Demon's Soul" i "Phantasy Star Online", które nijak nie chce funkcjonować.
Skąd te wszystkie porównania? Taki "Demon's Soul" okazywał się być momentami niezwykle frustrujący dla samotnego gracza, tutaj mamy to samo. "Phantasy Star Online" zaś... No cóż. Posiadacze konsoli Sega DreamCast będą pewnie pamiętali, że gra zawierała również tryb singleplayer. Jednak bez innych graczy wiało w nim nudą, a zabawa offline kompletnie mijała się z celem. Z "Lost Planet 2" jest identycznie.

Jeśli posiadacie konsolkę ze stałym podłączeniem do sieci, nie zastanawiajcie się dwa razy. Gra dostarczy Wam wielu niezapomnianych wrażeń i z pewnością często będzie lądować w czytniku. Świetny gameplay, szczerze.
Jeśli jednak zależy Wam głównie na trybie singleplayer, to przejdziecie grę jednokrotnie (na dodatek wkurzając się co pięć minut), po czym rzucicie ją w ciemny kąt, a wydane pieniądze jeszcze długo będą śnić Wam się po nocach. Nocach, po których przyjdą wypełnione żalem poranki... Żalem, bo i w singlu drzemał ogromny potencjał. Wystarczyło chcieć.
Plusy
•Gra jest niezwykle klimatyczna.
•Ogromni przeciwnicy.
•Spory arsenał broni i umiejętności.
•Duża liczba gadżetów do odblokowania.
•Ładny system graficzny.
•Możliwość stworzenia własnej postaci i wybrania frakcji.
•Sporo fajnych kawałków na ścieżce dźwiękowej.
•Masa nowych robotów i egzoszkieletów.
•Możliwość przejścia praktycznie każdej planszy na wiele sposobów.
•Kombinacje odpowiedniego arsenału oraz umiejętności umożliwiają tworzenie nowych, intrygujących strategii gry.
•Bardzo zbalansowana gra po sieci, przez co każdy z graczy ma równe szanse.
Minusy
•Dość sztampowa fabuła, którą niepotrzebnie skomplikowano dla graczy, którzy nie mieli do czynienia z pierwszą częścią.
•Rozstrzelenie epizodów spowodowało brak jakiegokolwiek bohatera, z którym można by się utożsamiać.
•Animacje twarzy rozwiązane metodą "na Kena".
•Zróżnicowany poziom voice actingu, który niekiedy sprawuje się bardzo dobrze, a niekiedy woła o pomstę do nieba.
•Splitscreen, który na większości domowych ekranów wypada raczej kiepsko.
•AI naszych kompanów zależne od ustawionego poziomu trudności.
•System kupowania nowych części w ruletce, który sztucznie wydłuża grywalność i szybko zaczyna denerwować.
•Niektóre z trofeów dostępnych w grze są praktycznie nie do zdobycia.
•Poziom trudności sztucznie podwyższany przez niezbyt uczciwe zagrywki przeciwników.
•Granie w tryb singleplayer nie ma prawie żadnego sensu, gra ewidentnie została stworzona z myślą o multi.
"Lost Planet 2" w liczbach
•5 frakcji.
•4 poziomy trudności.
•99 poziomów doświadczenia do zdobycia dla każdego z klanów.
•6 aktów, na które składa się 21 misji w trybie fabularnym.
•5 odznaczeń poziomu umiejętności gracza dostępnych dla każdej z misji.
•50 tras treningowych.
•3 medale dostępne dla każdej z tras.
•12 map w trybie multiplayer.
•8 trybów sieciowych.
•20+ mechów, pojazdów i wieżyczek.
•76 broni.
•42 umiejętności.
•Ponad 500 tytułów gracza do odblokowania.
•120 dostępnych w grze emotek.
•8 gotowych schematów ustawień kontrolera.
•∞ czas potrzebny na odblokowanie wszystkiego.
Napisane przez millencolin , czerwiec 02, 2010
Napisane przez Mike Podolski , czerwiec 01, 2010
Napisane przez karolesku , czerwiec 01, 2010
Napisane przez millencolin , czerwiec 01, 2010
Napisane przez Kolo , czerwiec 01, 2010
. Swietna robota. Pozdro!














