LIMBO - recenzja
Tomasz Pytlos   czwartek, 29 lipca 2010 19:41
LIMBO - pozycja, na którą czekały rzesze graczy, w końcu wdarła się szturmem na rynek Xbox Live. Niewiele myśląc, bo w zasadzie nad czym tu myśleć, wysupłałem ze swojego wirtualnego portfela niemałą kwotę
1200 MS Pointsów i rozpocząłem ściąganie. Chwilę później (ma się to szybkie łącze;) mogłem zobaczyć ekran tytułowy...

O grze było głośno na długo przed jej wypuszczeniem, zatem wiele informacji odnośnie samej rozgrywki można było zaczerpnąć z wielu serwisów. Czas przekonać się na własnej skórze o jakości produkcji studia PlayDead. Co od razu rzuca się w oczy to bardzo specyficzna oprawa, zarówno dźwiękowa, jak i graficzna. Gra operuje paletą kolorów zamykającą się w obrębie dwóch kolorów - czerni i bieli. Zapewne wielu z Was widziało już grę w akcji (czy to na YouTube, czy za sprawą demka) lub chociaż na screenach i zapewne zgodzi się ze mną, że widoki emanują przygnębieniem i niepokojem. W połączeniu z dźwiękami, które niejednokrotnie przyprawiają o gęsią skórkę, lub po prostu podnoszą ciśnienie (w negatywnym odczuciu) LIMBO było dla mnie jedną z najbardziej przybijających i dołujących przygód w grach video. Ale zacznijmy od początku...
Czym jest tytułowe LIMBO? Znana i lubiana wikipedia na hasło LIMBO odpowiada nam w następujący sposób. LIMBO to "stan osób, które umarły przed Zmartwychwstaniem Jezusa albo też w nowszych czasach, bez chrztu, ale nie popełniły osobistych grzechów. (...) Nie jest utożsamiana z czyśćcem, ale jest częścią piekła". Nie mamy pewności, że twórcy nazywając swoją grę akurat tym terminem, rzeczywiście mieli na myśli tą pochodzącą z religii chrześcijańskiej definicję. Załóżmy jednak, że tak właśnie było i jak się zaraz okaże, "życie" takich osób nie jest usłane różami.
Czym jest LIMBO (jako gra)? Jest to platformówka 2D, w której idziemy w prawo, aż dojdziemy do końca (w bardzo dużym skrócie)... swoją drogą czemu zawsze musimy chodzić w prawo? Na drogę jednak zabierzcie ze sobą mózg, najlepiej trochę pofałdowany, bowiem dojście do finału LIMBO wiąże się z pokonaniem wielu logicznych zagadek i wykazaniem się odrobiną zręczności. Połączenia idealne, jak na 2D platformera. OK, ustaliliśmy, że LIMBO to klasyczna platformówka, więc co jest takiego niesamowitego w tej grze, że zachodnie serwisy potrafiły wystawić jej notę, nawet 10/10? Postaram się to rozkminić.
Wspomniałem wcześniej o niesamowitym klimacie, który wylewa się na nas niczym gęsta smoła. Tego nie można odmówić tej produkcji, przemierzając klimatyczny czarno-biały las nasze zmysły łechcą bardzo sugestywne delikatne odgłosy dźwiękowe... będąc później w industrialnej, futurystycznej scenerii (wciąż w odcieniach szarości) fonia daje nam do zrozumienia, że "praca wre" i nie ma tu miejsca na kwilenie skowronków czy rechotanie żabek o poranku... Jest "ciężko", tak mogę jednym słowem określić klimat, jaki towarzyszy produkcji studia PlayDead. Nasza wyprawa do celu wymaga od nas nie lada wysiłku psychicznego, bo granie w LIMBO to rozrywka trochę innego rodzaju... Jest smutno, przytłaczająco, bardzo enigmatycznie i jednocześnie cholernie wciągająco... Ale czy klimat wystarczy, aby gra otrzymała 10/10?
OK. Zdecydowanie najważniejsza część LIMBO została już podsumowana. Nie ma się co "rozbajerzać" nad klimatem, bo wiele gier oprócz owej cechy posiada jeszcze niesamowity gameplay... i nie dostają "dych". Jak to jest w przypadku LIMBO? Spokojnie, nie najgorzej. Jeżeli chodzi o rozgrywkę, LIMBO jest platformerem 2D (który raz już to wspomniałem?), w którym musimy wysilić szare komórki aby dotrzeć do celu. O co chodzi zatem? Jak na platformera przystało czeka nas dużo skakania, przesuwania obiektów, wajch, przełączników itp... wszystko po to, aby umożliwić brnięcie dalej. Niejednokrotnie przyjdzie nam na przykład przed czymś uciekać (czy to wielka kamienna kula, czy pająk, który jednym machnięciem odnóża nabija nas na nie niczym szaszłyk) i wtedy dochodzi element zręczności, który jest u nas bardzo pożądany. Wiele razy zanim zorientujemy się co powinniśmy zrobić już jesteśmy martwi... osobiście bardzo lubię te patenty bo zamiast złości wywołuje to u mnie mimowolny uśmiech. Apropos śmierci, jest ona bardzo powszechna w LIMBO i jest zarazem jednym z tych kompanów, z którymi nie będziemy się na długo rozstawać. A sposobów na umieranie twórcy zaserwowali nam na prawdę sporo, od upadku z wysokości, poprzez koniec na odnóżu pająka, porażenie prądem, utopienie, na rozpłataniu nas przez olbrzymią piłę. Rewelacja. Mimo częstych zgonów, gra nie powoduje naszej frustracji, gdyż checkpointy są usłane tak gęsto, jak trupy na plaży w Normandii. Czasami zanim wpadniemy na sposób, w jaki trzeba pchnąć naszą przygodę do przodu, swoją efektowną eliminację ze świata gry ujrzymy kilku (kilkunasto) krotnie. Ale o ile klimat bardzo udanie wprawia nas w stan "doła", tak sama rozgrywka od strony zręcznościowej dostarcza dużo frajdy i pozawala się (paradoksalnie) zrelaksować. Ale czy jest to relaks na "dychę"?
Co jeszcze trzeba dodać? Wiele osób narzeka na krótki czas rozgrywki... No nie da się ukryć, że gra spokojnie pęka w jeden wieczór, czyli jakieś 4-5 godzin. Biorąc pod uwagę koszt, jakim jest 1200 MS Pointsów, wypadkowa cena/czas gry wypada bardzo na niekorzyść dzieła PlayDead. W mojej opinii jednak cenę można jakoś przemilczeć, bo w końcu "dużych" gier nie ocenia się nigdy pod kątem tego ile kosztują, ale po prostu jakie są. Trzymajmy się zatem tej zasady również w przypadku gier z Marketplace/Playstation Store, chociaż niewątpliwie o cenie trzeba wspomnieć... choćby dlatego, że jest ona bardzo różna dla wielu tytułów tam dostępnych.
OK. Nie była to może jakaś fachowa recenzja (bo niestety w tym temacie raczkuję), ale postarałem się przedstawić swój punkt widzenia LIMBO przez pryzmat wysokich ocen w prasie. W wielu recenzjach LIMBO przynajmniej w zamyśle, jako gra artystyczna, było przyrównywane do Braida. Niestety Braid jest na mojej kupce wstydu i czeka na odpowiedni moment (chociaż zalega na moim twardzielu), dlatego podejdę do podsumowania LIMBO jako do totalnie odrębnej gry, niebędącej w cieniu produkcji Jonathana Blowa.
Werdykt. Proszę wstać, sąd idzie! Ciężki orzech do zgryzienia... Gra z fantastyczną oprawą graficzną (ze względu na walory ocierające się o artyzm), bardzo sugestywną ścieżką dźwiękową oraz przyjemnym gameplayem... No ciężko o to, żeby nie polubić LIMBO. Ale do zakochania niestety nie zostaje jeden krok, ale całkiem spora odległość... Całkowity brak fabuły oraz rozczarowywujący finał przygody, sprawił, że kilka godzin z LIMBO mi wystarczy. Prawdopodobnie wrócę do produkcji PlayDead ponownie, w celu zdobycia kilku aczów (stawiam piwko temu, kto ma calaka), ale będąc szczerym: za dużo "artyzmu" za mało gry... Takie są moje odczucia. Polecam LIMBO wszystkim tym, dla których gry video to nie tylko rozrywka i tych, którzy szukają w grach coraz to nowych doznań i wrażeń. Jeżeli od premiery Bad Company 2 w Twoim czytniku nic innego się nie zakręciło, to lepiej spożytkować 1200 MS Pointsów w inny sposób.
Ufff... nie wiem czy komukolwiek z Was spodoba się to co tutaj spłodziłem, ale cieszę się, że w końcu znalazłem w sobie tyle odwagi, żeby upublicznić swoje przemyślenia odnośnie jakiejś gry. Proszę o dużą dawkę wyrozumiałości i ewentualne podzielenie się swoimi opiniami o LIMBO.
moja ocena : 7/10
Napisane przez Wit , lipiec 30, 2010















Gra przytłacza nas swoim przygnębiającym klimatem!